Tym razem nie będzie ani słowa o żadnym treningu. Nie będzie też nic o mnie – żadnej prywaty. Dziś opowiem wam historię pewnego psiaka, który… A zresztą, kliknijcie dalej, żeby sprawdzić o co dokładnie chodzi.

Był niedzielny czerwcowy poranek. Pogoda dopisywała i trwał ostatni dzień długiego weekendu, który spędzaliśmy na działce. Postanowiliśmy jednak udać się na małą wycieczkę samochodową do pobliskiej wsi. Wracając, tuż przed wjazdem na ogrody działkowe, mój mąż będący pasażerem, mówi nagle do mnie: Czy tam na worku leży szczeniak? 

Odstawiliśmy samochód na działkę, zostawiliśmy młodego pod opieką babci i wróciliśmy przed bramę. Okazało się, że mój mąż miał rację. Na jutowym worku leżał młody, bardzo wystraszony czarny kundelek. Gdy chcieliśmy do niego podejść, z podwiniętym ogonem odszedł dalej i schował się w krzaki. Jako że poszedł z nami mój tata, od razu wziął ze sobą karmę dla miejscowych kotów, którą ostatecznie daliśmy psiakowi.

Gdy pies zachłannie wcinał kocią karmę (bo nic lepszego dla niego nie mieliśmy), zaczęliśmy szukać pomocy. Chcieliśmy zadzwonić do najbliższego eko patrolu z prośbą o przyjechanie i złapanie psa. Szybkie skorzystanie z wujka Google dało nam nadzieję. Pierwszy artykuł jaki się wyświetlił to „Sukcesy eko patrolu z Mińska Mazowieckiego”. Dzwonimy. Nikt nie odbiera. Po chwili okazuje się, że straż miejska w Mińsku, do której należy ów eko patrol, pracuje tylko od poniedziałku do piątku do godziny 16… Komentarz jest zbędny.

Z warszawską strażą miejską nawet się nie połączyłam, bo od razu usłyszałam komunikat, że w rejonie z którego dzwonię, straż miejska nie działa. Dzwonię więc pod 112 licząc na to, że może jakiś patrol interwencyjny przyjedzie. Pod numerem alarmowym pani podaje mi tylko numer na ogólnopolską infolinię. Koszt połączenia za minutę 1,50zł.

Szukamy dalej, ale nic. Postanowiliśmy zadzwonić do weterynarzy z Mińska. Znaleźliśmy 4 otwarte gabinety. Tylko w jednym odebrano telefon. Dzwonię, opisuję sytuację i pytam, czy pan mi może pomóc i wskazać, gdzie znajdę najbliższy eko patrol. W końcu weterynarz chyba powinien wiedzieć takie rzeczy. Nie, ja to nie wiem, nie potrzebuję tego wiedzieć. Ale znajdę w internecie numer do weterynarza z Halinowa. Tam ma pani bliżej, może on coś wie. Tyle że już nieczynne.

Krew mnie zalewa, ale próbuję dalej. Dzwonię do weterynarza z Halinowa. Nic. Po chwili numer oddzwania i słyszę głos pani weterynarz. Znów opisuję sytuację. Czy pies jest ranny? Odpowiadam że nie. Mówię, że jest wystraszony, bo wyrzucony. A to ja pani nie pomogę. Mnie takie rzeczy nie interesują. Pani niestety też nie wiedziała, gdzie działa najbliższy eko patrol. Serio!? Weterynarza nie interesuje los bezdomnego, porzuconego zwierzaka? Gdzie jakakolwiek empatia?

Zaczęliśmy już szukać numeru do schroniska, ale stwierdziłam, że zadzwonię na policję w Halinowie i może oni mi coś pomogą. Odbiera oficer dyżurny i przyjmuje zgłoszenie. W sumie to on też nie wie co zrobić, ale zgłoszenie przyjmuje i przekazuje je do centrum zarządzania sytuacjami kryzysowymi w Mińsku Mazowieckim. Pytam, czy w takim razie mam czekać na kontakt czy szukać dalej na własną rękę. Jak coś będzie wiadomo, to się skontaktujemy. Mogę im przekazać pani numer?

Nakarmiony i napojony pies nadal leży wystraszony w krzakach. Nie chce sam podejść. Gdy robimy krok w jego stronę, on ucieka. Nie chcemy go bardziej stresować. Zostawiamy go na chwilę i stwierdzamy, że wrócimy do niego za jakiś czas. W międzyczasie mijało nas kilka samochodów. Nikt nie zareagował i się nie zainteresował czemu 3 osoby stoją w lesie z telefonami i dzwonią.

Znalezienie psa miało miejsce ok. godziny 12. Jest godzina 17 i dzwoni telefon. Oddzwania pan z centrum zarządzania kryzysowego. Mówi, że dostali zgłoszenie i pyta, czy pies nadal jest. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że godzinę temu go nie znalazłam, ale pójdę jeszcze raz i sprawdzę. Idę i widzę go. Znów leży na worku, w którym go wyrzucono. Smutno wpatruje się we mnie i czeka, aż wrócą jego właściciele.

Pan z centrum kryzysowego informuje mnie, że sprawę przekaże do Urzędu Miasta Halinów, bo oni mają podpisaną umowę z wyłapywaczem i ze schroniskiem i że powinni go złapać. Mam czekać na telefon. Po 10 minutach pan dzwoni i mówi, że nie może się połączyć z panią z urzędu, więc skontaktuje się ze mną jutro rano. Nic, pozostaje czekać. Dolewam psu wodę i wracam na działkę.

Godzina 18 –  kolejny telefon. Dzwoni pani z urzędu. Umawiamy się, że niedługo przyjedzie. Niecałe 15 minut później pani robi zdjęcia psa, worka i rzucając bardzo ostrymi obelgami w stronę osób, które porzuciły psa, dzwoni do swojej przełożonej z pytaniem, czy odłowiciel ze schroniska przyjedzie jeszcze dzisiaj. Niestety, wszystko musi czekać do następnego dnia. Umawiam się z panią, że nakarmię psa na noc, a rano ona przyjedzie po niego z odłowicielem. W międzyczasie pokazuje mi fotkę suczki, którą znaleźli tydzień temu. Wygląda identycznie jak psiak, którego znaleźliśmy my. Mam wrażenie, że suczka ze zdjęcia, to siostra tego tutaj. Tydzień temu działkowicz z innego ogrodu jechał rowerem i zobaczył jak starsze małżeństwo wyrzuca z samochodu worek i szybko odjeżdża. W tym worku była ta sunia. Niestety nie zdążył zapamiętać całego numeru rejestracyjnego.

Poniedziałkowy poranek. Po śniadaniu idę sprawdzić czy pies jeszcze jest. Leży i czeka, ale teraz trochę bliżej bramy wjazdowej na teren działek. Wracam na działkę i nagle telefon. Dzień dobry, tu pani z urzędu. Jestem, ale psa nie ma. Jak to? Przecież przed minutą był. Wracam i rzeczywiście. Nie ma go. Pani przyjechała ze swoją przełożoną. Odłowiciela brak. Mają jedzenie dla psa i klatkę. Stwierdzam, że idę odprowadzić dziecko, a potem wrócę go szukać. Panie wsiadają do samochodu, żeby poczekać, aż pies wróci.

Po niecałych 5 minutach wracam, a panie już z jedzeniem próbują psa do siebie przekonać. Pani z urzędu ma na pewno dobre serce, bo pies już poprzedniego dnia dał się jej pogłaskać. Po kolejnych 3 minutach pies jest już w klatce i w samochodzie czeka na wizytę u weterynarza.

To już drugi w tym miesiącu, a dopiero początek sezonu. To smutne. Umówiłam się jednak z panią, że w razie czego będę już do niej bezpośrednio dzwonić w sprawie bezdomnych zwierzaków. Przynajmniej ominiemy całą zbędną procedurę. Dowiaduje się też, że gdybyśmy sami zawieźli go do schroniska, to jeszcze kazaliby nam zapłacić 1000zł za przyjęcie do nich psa. A oni sami nie przyjechaliby. Dlatego gminy mają podpisane umowy ze schroniskami. Poprosiłam panią o informację, jak tylko psiak znajdzie dom. Teraz czekam na dobre wieści. Oby przyszły jak najszybciej.

Dlaczego ten post? Bo mnie krew zalewa, że tak po prostu ktoś wyrzucił psa. Od tak. I wychodzi na to, że kolejnego. Całe szczęście wyrzucona tydzień wcześniej sunia szybko znalazła dom, bo spodobała się miejscowemu tak bardzo, że nie pozwolił zawieźć jej do schroniska. Ma już nowy dom. Ten wpis nie jest sponsorowany. Nie jest też tworzony we współpracy z żadnym schroniskiem. Postanowiłam go napisać, bo los zwierząt nie jest mi obojętny. Od 25 lat mam koty. Co roku w wakacje na działce mamy całe stado bezpańskich zwierząt, które ludzie dobrego serca dokarmiają. Gdybym mogła, to bym je wszystkie przygarnęła. Ile mogę, tyle im pomagam. Kilku z nim znaleźliśmy nowy dom, ale nie wszystkie mają tyle szczęścia.

Na sam koniec mój apel: rozglądajcie się, gdy jesteście pasażerami. Może i wy uratujecie życie jakiemuś zwierzakowi i zapewnicie mu godne życie u boku kochających właścicieli. Nie wyrzucajcie też zwierząt. Są hotele dla psów, są zawodowi opiekunowie i są znajomi. Ktoś zawsze chętnie pomoże wam zająć się czworonogiem, gdy wy wyjedziecie na wakacje.

Zapisz

Zapisz

Jeśli się podobało, daj znać: