Ten rok zaczął się dla nas od bardzo ważnego wydarzenia. Otóż nasz mały Bąbel został oficjalnie przedszkolakiem. Jak każdemu rodzicowi, również i nam, towarzyszyło wiele obaw związanych z kolejnym etapem życia dziecka. Po 3 tygodniach stwierdzamy, że wcale nie było – i  nie jest – tak źle jak myśleliśmy, że będzie. W tym wpisie zdradzę Wam kilka wskazówek, które pomogły nam przygotować Młodego do roli przedszkolaka.

Zacznijmy od tego, że wiele osób zdziwiło się, że Młody teraz, w styczniu, poszedł do przedszkola i to na dodatek państwowego. Mieliśmy to szczęście, że w naszej dzielnicy we wrześniu zeszłego roku otworzyło się przedszkole, które było placówką prywatną. Jednak wraz z początkiem tego roku zmienił się ich status i stali się placówką państwową. Dzięki temu też nie musieliśmy brać udziału w rekrutacji do przedszkola na kolejny rok szkolny. Uwierzcie mi, że zaoszczędziliśmy sobie w ten sposób ogromnego stresu, ponieważ miejsca, do których chcieliśmy posłać dziecko, są bardzo oblegane. Na dodatek niektóre z nich w tym roku nie prowadzą rekrutacji, bo żadna z grup nie odchodzi, co skutkuje brakiem miejsc dla kolejnych dzieci. Rodzice przedszkolaków zapewne pamiętają obawy związane z tym, czy dziecko zdobędzie odpowiednią liczbę punktów i czy dostanie się do przedszkola – szczególnie rodzice jedynaków.

Innym ważnym czynnikiem, który zadecydował, jest wiek Młodego. Urodził się on w lutym, dlatego też idąc do przedszkola dopiero we wrześniu miałby już 3,5 roku, a niektóre dzieci z jego grupy mogą nawet nie mieć skończonych 3 lat (mam tu na myśli dzieci urodzone w ostatnim kwartale roku). Teraz natomiast mieliśmy możliwość sprawdzić, czy odnajdzie się on w przedszkolu i czy jest gotowy na rozłąkę z mamą, która do tej pory spędzała z nim każdy dzień. Stwierdziliśmy jednogłośnie, że jeśli okaże się, że są jakieś problemy, to zawsze możemy go wypisać i puścić go dopiero we wrześniu.

Całe szczęście nasze obawy z tym związane okazały się niesłuszne 🙂 Młody doskonale odnajduje się w przedszkolu od pierwszego dnia. Panie go chwalą za to, jak świetnie sobie radzi i jak chętnie bierze udział w zajęciach. A to wszystko zasługa tego, że go wcześniej do tego przygotowaliśmy. W jaki sposób?

Jak przygotować dziecko, aby nie bało się przedszkola?

Czy wiecie, dlaczego dzieci tak nie lubią przedszkola? Chodzi mi o te dzieci, które dopiero zaczynają do niego chodzić. Dlatego, że do tej pory prawdopodobnie większość czasu spędzały z rodzicami (głównie z mamą). Jeśli chodziły do żłobka, to chrzest bojowy mają już za sobą 😉 Inaczej wygląda sytuacja u tych, które spędzały pierwsze 3 lata swojego życia w domu – nawet jeśli w tym czasie zajmowała się nimi opiekunka lub babcia.

Dom to miejsce, w którym dzieci czują się najbezpieczniej. Zabrane ze swojej bezpiecznej przestrzeni i rzucone w wir obcych dzieci i obcych pań jest bardzo stresujące dla maluchów. Dlatego warto odpowiednio wcześniej zadbać o to, aby poznawały swoich rówieśników. Mamy to szczęście, że obecnie jest dostępnych bardzo dużo zajęć dedykowanych dzieciom poniżej trzeciego roku życia. Powstaje coraz więcej klubów malucha, w których odbywają się zajęcia muzyczne, sensoryczne oraz sportowe. Każde z nich pozytywnie wpływają na rozwój dziecka i pozwalają odkryć nowe umiejętności oraz talenty. Dodatkowo też oswajają się z innym miejscem.

Jeśli ten tekst czytają osoby, które są ze mną od dłuższego czasu, to zapewne pamiętacie, że szybko wróciłam do pracy. Zaczęłam od prowadzenia zajęć dla kobiet po ciąży, które odbywały się w towarzystwie maluchów. Młody miał 4 miesiące, kiedy pojechał ze mną po raz pierwszy do pracy. Ponieważ prowadziłam treningi w kilku klubach, to był przyzwyczajony, że często zmieniamy lokalizację i że spotyka wiele dzieci. Od samego początku był zainteresowany innymi dzieciaczkami, dlatego też teraz bardzo chętnie spędza czas ze swoimi kolegami z grupy. Wie, że mogą się razem dobrze bawić i mieć z tego dużo radości. Jako wtrącenie dodam, że to właśnie styczność z tak dużą ilością dzieci pozwoliła Młodemu wypracować silną odporność, ponieważ bardzo rzadko choruje 🙂

Nadszedł jednak moment, kiedy zaczął być za duży na to, aby tak po prostu zabierać go na zajęcia. Nie tylko stanowił zagrożenie dla najmłodszych uczestników (bieganie po sali bez patrzenia przed siebie może się źle skończyć), ale przede wszystkim się nudził – jakby nie patrzeć, ja byłam w pracy i swoje musiałam zrobić. Nie mogłam mu więc poświęcić tyle uwagi, ile chciał. Czasem kończyło się to tym, że całe zajęcia prowadziłam z dzieckiem na rękach, a próba odstawienia go na ziemię kończyła się płaczem.

Niestety czasami widać było, że jest niezadowolony, że ja idę do innych dzieci, a on nie. Dlatego też zaczęliśmy chodzić na różne zajęcia dodatkowe. Jedne podobały mu się bardziej, drugie mniej. Wtedy niechętnie słuchał pani prowadzącej, ponieważ ja byłam na sali. Również obecność innych rodziców nie wpływa dobrze na respekt wobec prowadzącej.

W sierpniu byłam sfrustrowana, bo jednak od pół roku stawałam na głowie i organizowałam dla syna różne atrakcje, a i tak najczęściej kończyło się marudzeniem i niezadowoleniem. Szukając alternatyw na jesień natknęłam się na bardzo fajną propozycję, która później okazała się strzałem w dziesiątkę…

Akademia malucha czyli zajęcia dla przyszłych przedszkolaków

Wśród wielu propozycji klubików dla dzieci, prywatnych żłobków, świetlic, trafiłam na zajęcia stworzone przez Bemowskie Centrum Kultury nazwane „Akademia malucha”. Zajęcia są dedykowane dla dwóch grup wiekowych. Pierwsza to dzieci do 2 roku życia, a starsza grupa to dzieci 2-3,5 roku. Opis, który mnie zachęcił do zapisania Młodego na te zajęcia brzmiał tak:

Zajęcia te przeznaczone są dla dzieci, które nie chodzą jeszcze do przedszkola. Stanowią niepowtarzalną szansę przygotowania maluchów do udanego przedszkolnego debiutu.
Pod okiem wykwalifikowanych nauczycielek, dzieci mają okazję do zabawy z rówieśnikami i wszechstronnego rozwoju. Szczególny nacisk kładziemy na rozwijanie mowy, pamięci, sprawności manualnej, wrażliwości muzycznej, koncentracji, samodzielności oraz umiejętności współdziałania w grupie.

Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu i trwały po 3 godziny. W tym czasie dzieci witały się całą grupą, razem tańczyły, śpiewały, słuchały bajek, miały zajęcia plastyczne, a przede wszystkim miały też drugie śniadanka. Przed nimi zbierali się całą grupą i szli do łazienki myć ręce. Po prostu mieli typowo przedszkolną rutynę. Był czas na zabawę, naukę i odpoczynek po śniadaniu przy bajce. Najważniejszym założeniem zajęć było to, że dzieci zostają wyłącznie pod opieką nauczycielek. Rodzice nie byli mile widziani 😉 Mogli zostać na kilku pierwszych zajęciach, ale panie prowadzące zachęcały do tego, żeby starać się znikać na coraz dłużej, aż w końcu dziecko zostanie samo i nawet nie zauważy braku mamy.

W naszym przypadku te zajęcia okazały się być kluczem do sukcesu we właściwym przedszkolu. Po pierwszych zajęciach miałam ochotę zabrać Młodego i dalej siedzieć w domu powtarzając te same codzienne rutyny aż do znudzenia. Syn w ogóle nie był zainteresowany zajęciami. Nie tylko nie chciał się bawić, ale co najgorsze, nie chciał mi w ogóle zejść z rąk. Pierwsze 1,5 godziny przenosiłam go starając się zaangażować go w zabawy. Wszystko było na nic, bo on tylko ryczał. Zrobiło się trochę lepiej na ostatnią godzinę, po drugim śniadaniu, ale i tak jak tylko mógł przybiegał do mnie i zaczynał płakać, gdy nie chciałam iść z nim się bawić. Ale stwierdziłam, że się nie poddam.

Już na pierwszych zajęciach starałam się mu pokazać, że panie, które prowadzą zajęcia, chętnie mu pomogą. W końcu po to tam są. Dlatego jeśli sam gdzieś odchodził, ja odsuwałam się w najdalszy kąt, ale nadal byłam dla niego obecna. Gdy usiadł do śniadanka, zostawiłam go przy stoliku, żeby sam zjadł. Jak tylko mogłam zachęcałam go, żeby wykonywał prośby pań, żeby pomagał. Na następnych zajęciach było już lepiej na tyle, że postanowiłam wyjść już na samym początku. Później okazało się, że chwilę popłakał, ale szybko się uspokoił. Potrzebował chwili na to, aby wdrożyć się w rytm zajęć. Nie zawsze chciał rysować czy tańczyć wtedy, kiedy mu kazano, ale z zajęć na zajęcia było coraz lepiej. Dzięki temu mamy piękne pamiątki w postaci różnych prac plastycznych. Co więcej, z każdymi kolejnymi zajęciami nie było problemu, że mnie nie było na sali – czasem nawet nie miał czasu się ze mną pożegnać. Gdy go odbierałam zawsze się cieszył 🙂 To był dla mnie znak, że może warto rozpocząć karierę przedszkolaka już teraz. Szczególnie, że czasem w ogóle nie chciał stamtąd wychodzić 😉 Prawie zapomniałam o najważniejszym: nigdy nie mówiliśmy o akademii „zajęcia”. Od samego początku nazywaliśmy je „przedszkolem”, dzięki czemu Młody miał same pozytywne skojarzenia z tym słowem.

Gdy poszliśmy pierwszy raz oglądać przedszkole, Młody od razu podbiegł do nauczycielki i dziecka i zaczął się bawić. W tym czasie ja poszłam dalej zwiedzać placówkę. Gdy mieliśmy wyjść, rozpłakał się, że nie chce wychodzić 😉 Jego pozytywna reakcja na tą placówkę przekonała nas do tego, żeby go tam zapisać. Po pierwszym dniu też nie chciał wracać do domu, ale udało mi się go przekonać, że następnego dnia też wróci.

I w ten oto sposób nowy rok przyniósł nam ogromną zmianę w codziennym życiu. JESTEŚMY RODZICAMI PRZEDSZKOLAKA! 🙂 A przecież dopiero co go urodziłam 😉 Cieszymy się jednak, że zdecydowaliśmy się wcześniej zapisać go na akademię malucha, bo to właśnie ona była najlepszym z możliwych sposobów na przygotowanie go do nowej roli 🙂 Dlatego drogie mamy, jeśli macie taką możliwość, korzystajcie z zajęć tego typu. Będziecie mieć nie tylko czas dla siebie, ale przede wszystkim zobaczycie, jak szybko dziecko jest w stanie nauczyć się nowych rzeczy, z których będziecie niesamowicie dumne 🙂

Jeśli czytają to mamy, które mają inne sposoby na przygotowanie dziecka do przedszkola, chętnie o nich poczytam. Opiszcie je w komentarzach, co pozwoli innym rodzicom znaleźć cenne wskazówki w jednym miejscu 🙂

Jeśli się podobało, daj znać: