Przyznam się, że nigdy nie sądziłam, że kiedyś będę pracować jako instruktor. W ogóle o tym nie myślałam. A jednak życie przeniosło mnie właśnie na tą ścieżkę. Wiele osób mi mówi: chyba znalazłaś swoje powołanie. I wiecie, co, to chyba prawda 🙂

Jako dziecko miałam oczywiście wiele pomysłów na swój wymarzony zawód. Chciałam być weterynarzem, piosenkarką, a nawet ogrodnikiem! Dopiero później dowiedziałam się, że ten ostatni zawód trochę brudzi i wymaga perfekcyjnej znajomości biologii 😉 Jednak wśród wszystkich moich pomysłów zawsze górował jeden: chcę być dziennikarką. Marzyłam o prowadzeniu własnego programu w TV oraz o przeprowadzaniu wywiadów z najpopularniejszymi artystami. Im starsza byłam, tym bardziej podziwiałam panią Grażynę Torbicką. Kobieta z klasą i pasją. Ideał dziennikarski. W gimnazjum doskonale wiedziałam, że pójdę na studia dziennikarskie.

Ha! Wcale nie poszłam. Pod koniec liceum znalazłam informację o studiach polonistycznych ze specjalizacją medialną. Zainteresowało mnie to, bo dawało szersze możliwości pracy, niż klasyczne dziennikarstwo. Gdy w końcu dostałam się na wymarzone studia, zachwyciłam się zajęciami związanymi z public relations i marketingiem. Reklama, kreowanie wizerunku, mowa ciała…BYŁAM ZACHWYCONA! Bardzo chciałam stać za jakąś dużą marką i jej wizerunkiem. Widziałam się jako specjalistę, którego media proszą o analizę bieżących wydarzeń. Co więcej. Niedługo widziałam siebie w roli rzecznika prasowego. Tutaj akurat wynikało to z możliwości poznania pana Mariusz Sokołowskiego czyli byłego rzecznika policji. Ten człowiek doskonale wie, jaki powinien być rzecznik. Analizowaliśmy wiele jego wypowiedzi, których udzielał podczas relacji na żywo z wypadków czy super medialnych akcji policyjnych. Mówił oczywiście też o minusach tego zawodu. Mimo wszystko myślałam sobie, że chcę spróbować. Do czasu…

Kiedy skończyły się studia, jako prezent z okazji uzyskania tytułu magistra otrzymałam bilet na bezrobocie. I wiecie co, rynek pracy wcale nie stał tak przede mną otworem. A ślub był coraz bliżej. A pieniędzy coraz mniej. I teraz co? Oczywiście szukałam, łapałam się byle czego. Czułam się nieszczęśliwa. Gdzie moja kariera? Gdzie moje super wielkie wypłaty? Żeby była jasność: w trakcie studiów poznałam rynek pracy i wiedziałam, że te miliony to dla wybranych i po dłuższym czasie. Ja po prostu chciałam pracować w zawodzie. Przecież po to studiowałam przez 5 lat, żeby mieć jakąś fajną pracę. No właśnie. Jakąś. 

W trakcie studiów byłam niczym kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie bałam. Call center, okazjonalna kelnerka na eventach, recepcje, prace administracyjne wszelkiego rodzaju, obsługa klienta itd. itp. Byłam tak zdesperowana, że zdecydowałam się nawet aplikować na bezpłatne staże i praktyki po studiach. Na które się nie dostawałam, bo nie miałam statusu studenta.

W końcu udało mi się załapać na staż do agencji pr-owej. Byłam już tak zniechęcona tymi wszystkimi poszukiwaniami, że gdy dostałam informację, że dostałam ten staż, to nawet się nie ucieszyłam. W trakcie jego trwania zostałam instruktorem fitness. I gdy przychodziłam po całym dniu nieobecności do domu, to mężowi opowiadałam z zachwytem o przeprowadzonym treningu, a na pracę w agencji wyłącznie narzekałam. Po trzech miesiącach z mniejszym żalem zdecydowałam o rezygnacji z dalszego stażu. Wtedy głównym czynnikiem były pieniądze, ale ja nie czułam też tej pasji, którą czuli inni pracownicy.

Po stażu była jeszcze jedna praca, która dała mi odwagę na otworzenie własnej firmy. Co prawda nie od razu, ale w bardzo krótkim czasie po tym, jak rozstałam się z nią. Powiem wam też, że chyba jeszcze nigdy nie osadzono mnie tak otwarcie w roli kozła ofiarnego, na którego można zrzucić wszelkie niedoróbki w firmie. Jednocześnie też ta praca dała mi bardzo dużą wiedzę dotyczącą zawodu copywritera. Poznałam tajniki SEO i co dla mnie najważniejsze, potrafiłam wcielić je w życie. Wkrótce dzięki odpowiedniemu pozycjonowaniu moja firma – czyli ja 🙂 – zaczęła dostawać pierwsze zlecenia, właśnie na copywriting.

Oczywiście jednak cały czas dbałam też o to, aby być aktywną fizycznie i by kształcić się dalej jako instruktor. Poszłam na kolejne szkolenia i nim się spostrzegłam, fitness stał się moim głównym zajęciem.

Kiedyś mówiłam o sobie, że jestem copywriterem i instruktorem fitness. Teraz role się odwróciły: jestem instruktorem, który okazjonalnie jest też copywriterem. Chociaż przyznaje, że czasem brakuje mi pisania. Tyle że teraz już bardziej filtruje zlecenia i nie biorę wszystkiego jak leci.

No ale…

W ogólnym rozrachunku moja decyzja o zmianie zawodu okazała się być dobrą decyzją. Nie żałuję jej ani trochę. Czy żałuję, że moje studia mi się nie przydają? Trochę tak, ale już nie robię z tego tragedii. Najważniejsze jest dla mnie to, że moja pasja przerodziła się w moją pracę. Oczywiście że są gorsze chwile. Ale nie czuję się sfrustrowana, nieszczęśliwa. Ciesze się, że nie siedzę przez kilka godzin za biurkiem wykonując monotonnie tą samą pracę każdego dnia, że są zmienne, dzięki którym każde zajęcia są inne. To nie tak, że neguje prace biurową. Absolutnie nie, bo akurat taka praca była jednym z moich faworytów. Tyle że jeśli ja w jednej pracy każdego dnia wykonywałam te same zadania, klepałam przez telefon te same formułki, meile miały te same treści, to nie było to nic ciekawego, ani tym bardziej rozwojowego. Nie czułam się też w żaden sposób doceniona, mimo iż wiele moich pomysłów było wykorzystywanych przez pracodawców. Nie usłyszałam nigdy jednego, marnego „dziękuję”.

Odnalazłam swoją ścieżkę. Nie stawiałam wszystkiego na jedną kartę, ale wprowadzałam zmiany powoli. U mnie to się sprawdziło.

Do czego w ogóle zmierzam? Otóż do tego, że każdy z nas musi czasem zboczyć z kursu codzienności na inne tory i zobaczyć, czy na drugiej drodze nie czeka na nas coś ciekawszego. Może to właśnie jest ta droga, którą powinniśmy dążyć? Dlatego jeśli zastanawiacie się nad przebranżowieniem, ale boicie się co inni powiedzą, i tak róbcie swoje. Nikt za ciebie nie umrze, więc niech nie mówi ci jak masz żyć 😉

 

Jeśli się podobało, daj znać: